Po drugiej stronie wrót: Nie chcę wychować grzecznego dziecka

Nie chcę wychować grzecznego dziecka.
I czasem za to płacę. Na przykład kolejnym “dywanikiem” u dyrekcji.

Bo łatwo powiedzieć: „Chcę, żeby moje dziecko miało własne zdanie.”
Trochę trudniej, kiedy to zdanie brzmi: „Nie zgadzam się.” I jest skierowane do dorosłego.
Łatwo zachęcać: „Pytaj.” Dopóki pytanie nie brzmi: „Ale dlaczego mam to zrobić?”
Łatwo mówić: „Myśl samodzielnie.” Dopóki dziecko dochodzi do tych samych wniosków co my.

I żeby było jasne. Własne zdanie nie oznacza własnych zasad.
Mój syn może się mylić. Może powiedzieć coś w fatalny sposób. Może przekroczyć granicę. I wtedy będzie musiał zmierzyć się z konsekwencjami. Nie zamierzam bronić każdego jego „nie”. Ale nie zamierzam też uczyć go, że dorosły automatycznie ma rację tylko dlatego, że jest dorosły.

I tu robi się niewygodnie. Bo dokładnie te zachowania, które potrafią irytować nas u dzieci, kilkanaście lat później wpisujemy do modeli kompetencyjnych.
Chcemy ludzi, którzy kwestionują status quo.
Mają odwagę mówić, co myślą.
Nie przytakują szefowi dla świętego spokoju.
Potrafią bronić swojego stanowiska.
Biorą odpowiedzialność za własne decyzje.
Tylko człowiek, który w wieku 30-40 lat potrafi powiedzieć szefowi: „Nie zgadzam się” raczej nie nauczył się tego rano przed pierwszym “leadership meetingiem”.
Gdzieś wcześniej musiał sprawdzić, co się stanie, kiedy nie będzie grzecznie przytakiwał.
I nauczyć się czegoś jeszcze ważniejszego: że odwaga powiedzenia „nie” nie zwalnia z odpowiedzialności za to, jak i dlaczego się je mówi.

Więc kiedy kolejny raz usłyszę, że z moim dzieckiem „trudno się dyskutuje”, pewnie nie będę zachwycona. Ale spróbuję sobie przypomnieć, że nie wszystkie cechy, które chcemy kiedyś zobaczyć w dorosłym człowieku, są wygodne w dziecięcym wydaniu.

A Ty? Ile niewygody jesteś w stanie znieść dzisiaj za cechę, którą będziesz podziwiać w swoim dziecku w przyszłości?


Wiele pytań, które pojawiają się podczas tworzenia Kyre, zostaje ze mną znacznie dłużej niż sama scena w książce.
Czy dziecko powinno zawsze przestrzegać zasad?
Co właściwie znaczy przygotować je na przyszłość, której sami jeszcze nie znamy?
Czy zależy mi, żeby mój syn dużo czytał – czy raczej, żeby miał o czym myśleć, kiedy zamknie książkę?
Z takich pytań powstaje „Po drugiej stronie Wrót”.
To moje teksty o synu, technologii, decyzjach i sprawczości. Czasem zaczynają się od rozmowy z moim dzieckiem. Czasem od sytuacji, którą przeczytałam lub usłyszałam. Czasem od czegoś, co wydarzyło się podczas spotkania z dziećmi.
To mój osobisty zapis tego, czego chciałabym nauczyć syna – i czego sama nadal uczę się jako dorosła.